Witamy!
Spędzane daleko, daleko, bardzo daleko :( od Rodziny i Przyjaciół Święta Bożego Narodzenia postanowiliśmy rozweselić sobie, wybierając się do resortu turystycznego na Bintan - największą (1866 km kwadratowych) wyspę indonezyjskiego Archipelagu Riau. Położony na Morzu Południowochińskim Bintan jest odległy od Singapuru o ok. 40km i można się do niego dostać, dostarczającym wielu niezapomnianych wrażeń promem-wodolotem. Niezapomniane wrażenia składają się z przebywania w obecności ok. 300, cierpiących na chorobę morską pasażerów ;)
W piątek, wieczorową porą, przybyliśmy do hotelu. Jako, że pędziliśmy prosto z pracy, wygłodzeni udaliśmy się wprost do przy-basenowej restauracji, gdzie natknęliśmy się na występ grupy tanecznej, prezentującej tradycyjny taniec indonezyjski (zdaje się, że z Jawy :/).
Po kolacji, nieświadomi jeszcze leżącego na plaży paskudztwa, poszliśmy nad morze. Podprowadziliśmy leżaki z pobliskiej chatki i cali szczęśliwi oddaliśmy się lenistwu :) A potem Andrzej pół nocy próbował doczyścić stopy i klapki ze smoły :/
Wigilia
Dziwne wrażenie sprawia Wigilia bez śniegu, w 30-stopniowym upale... Ale daliśmy radę ;) Hotel oferował kilka opcji na spędzenie wigilijnego wieczoru - my wybraliśmy kolację przy kolędach. Po wpisaniu na listę, cali szczęśliwi ruszyliśmy eksplorować resztę resortu.
Po wszystkim ruszyliśmy na wigilijną kolację, na którą... nie chciano nas wpuścić :) Okazało się, że nie ma nas na liście. Postaliśmy, poczekaliśmy, podczas, gdy pan szef sali biegał gorączkowo wyjaśniać, co się właściwie wydarzyło. W końcu nas jednak znaleźli... Na kompletnie innej liście :) W każdym razie wszystko skończyło się szczęśliwie i po dostawieniu stolika - prosto z zaplecza! :) - mogliśmy przejść do konsumpcji. A było, co konsumować. Oj było! Tak nieco nie po tradycyjnemu, ale cóż zrobić: nadziewany indyk, beef wellington, owoce morza i nie-morza, sery pleśniowe i nie - generalnie MNÓSTWO strawy różnorakiej.
Po kolacji, chcąc zakończyć wieczór doskonałą na trawienie lampką wina :) poszliśmy do hotelowego baru. Tu stanęliśmy twarzą w... niekoniecznie twarz, z indonezyjskimi tradycjami wigilijnymi ;)
No cóż, co kraj to obyczaj ;) ;) ;)
Pierwszy Dzień Świąt.
Rozpoczął się, jak to na pierwszy dzień świąt, bardzo leniwie. Całe do południe spędziliśmy na błogim nieróbstwie, w okolicach basenowych, obserwując ataki strasznych wiewiórek na niczego nie spodziewających się turystów ;)
Po południu, dla odświeżenia, uraczyliśmy się masażem połączonym z obiado-kolacją. Masaż - bolesno-przyjemny (zakończony skręceniem karku :)), kolacja - spoko, atrakcje około kolacyjne - śmiechowe. Mieliśmy widok na tzw. flying-fox ("latający lis") - zawieszona pod kątem lina, z której zjeżdża się z punktu A do punktu B :) No i jakiś, prawda, rodzic wymyślił, że na takiego lisa wpuści swoje ok. 25kg dziecko. I toto biedne chuchro utknęło w połowie drogi. Dyndało sobie nad ziemią, nie wiedząc co się dzieje, a pod nim biegali wszyscy inni zastanawiając się jak je stamtąd ściągnąć. Wreszcie zholowali biedactwo, przy ogólnej uciesze tłumu czyli nas :)
Wieczorem odsapnęliśmy nieco i poszliśmy... znowu jeść ;) Tym razem do restauracji serwującej tylko i wyłącznie owoce morza. Z braku laku :) musiałam spożyć swoje pierwszego w życiu kraba :) Gdyby nie to, że jedliśmy wcześniej, pewnie byśmy z głody umarli - toż to godziny zabiera, żeby się do niego dobrać! Ale trzeba przyznać, że warto powalczyć, bo pyszota :)
Po kolacji Andrzej zapałał dziwną ochotą na ponowną wizytę we wspomnianym wcześniej barze... Pewnie mu tamtejsze wino smakowało ;) ;) ;)
Drugi Dzień Świąt... i do domu :(
Oczywiście, tradycyjnie, ostatniego dnia zrobiła się przecudna pogoda - zero wiatru, chmury gdzieś zniknęły. Całe szczęście powrót mieliśmy zaplanowany dopiero na wieczór, więc jeszcze zdołaliśmy wykorzystać sprzyjające warunki atmosferyczne. Zaopatrzeni w butelkę wina poszliśmy piknikować na plażę.
Zmęczeni :) wylegiwaniem się, poszliśmy na obiad, a potem dla odmiany znowu na plażę :) Tym razem spędziliśmy czas bardzo aktywnie - tropiąc i śledząc różne morskie stwory...
Na zakończenie krótka wizyta w mini-zoo:
Wieczorem szybkie pamiątkowe zakupy i do domku...
OSOBLIWY SYLWESTER...
... wyglądał tak :)
Koniec kwartału zmusił Andrzeja do spędzenia Sylwestra w pracy. A ja, tak na doczepkę, poczłapałam za nim :) Jak się okazało w pracy też można świętować. Szczególnie, jeśli wcześniej dostało się paczkę od zaprzyjaźnionej drużyny z Czech, w której pośród mnóstwa słodyczy niepostrzeżenie zaplątała się butelka Becherovki ;)
No i to by było na tyle
Pozdrawiamy i do następnego przeczytania
Ola i Andrzej :)

















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz