poniedziałek, 13 lutego 2012

Monsunowe Święta - Bintan 23 - 26.12.2011... i osobliwy Sylwester :)

Witamy!

Spędzane daleko, daleko, bardzo daleko :( od Rodziny i Przyjaciół Święta Bożego Narodzenia postanowiliśmy rozweselić sobie, wybierając się do resortu turystycznego na Bintan - największą (1866 km kwadratowych) wyspę indonezyjskiego Archipelagu Riau. Położony na Morzu Południowochińskim Bintan jest odległy od Singapuru o ok. 40km i  można się do niego dostać, dostarczającym wielu niezapomnianych wrażeń promem-wodolotem. Niezapomniane wrażenia składają się z przebywania w obecności ok. 300, cierpiących na chorobę morską pasażerów ;)

Na miejsce docelowe wybraliśmy Nirwana Resort Hotel. Już on sam robi spore wrażenie: 245 pokoi, kilka barów, restauracji, hal konferencyjnych; do tego siłownia i przyhotelowy basen (kopia "nie-kończącego" się basenu w Marina Bay Sands - tylko 10 razy mniejszy i 57 pięter niżej ;) ) z barem :) Ale cały resort, to już całkiem inna para kaloszy... To taka osada składająca się z kolejnych hoteli, domków wypoczynkowych, mnóstwa restauracji i barów, centrum rekreacyjno-rozrywkowego (co, kto lubi: kręgle, masaż ;) ) i mini-zoo. Całość rozciąga się na 330 hektarach. Do tego - centrum sportów wodnych, które z powodu pory monsunowej było zamknięte. Podobnie jak plaże zresztą :/ ... tzn. można było na nie wejść ale, albo się zostało monsunowo zdmuchniętym, albo wlazło się w kupo-podobną, ultra-odporną na zmywanie substancję naniesioną przez morze - tzw. tar (smoła).







W piątek, wieczorową porą, przybyliśmy do hotelu. Jako, że pędziliśmy prosto z pracy, wygłodzeni udaliśmy się wprost do przy-basenowej restauracji, gdzie natknęliśmy się na występ grupy tanecznej, prezentującej tradycyjny taniec indonezyjski (zdaje się, że z Jawy :/).

Po kolacji, nieświadomi jeszcze leżącego na plaży paskudztwa, poszliśmy nad morze. Podprowadziliśmy leżaki z pobliskiej chatki i cali szczęśliwi oddaliśmy się lenistwu :) A potem Andrzej pół nocy próbował doczyścić stopy i klapki ze smoły :/





Wigilia
Dziwne wrażenie sprawia Wigilia bez śniegu, w 30-stopniowym upale... Ale daliśmy radę ;) Hotel oferował kilka opcji na spędzenie wigilijnego wieczoru - my wybraliśmy kolację przy kolędach. Po wpisaniu na listę, cali szczęśliwi ruszyliśmy eksplorować resztę resortu.


























Wieczorem zeszliśmy do recepcji, gdzie z hukiem rozpoczęło się kolędowanie. Przy dźwiękach "Rudolfa Czerwononosego" pod hotel zajechały "sanie" (czytaj: wóz) ciągnięte przez konia przebranego za renifera (AUTENTYCZNIE!!!) A z sań, oczywiście, wysiadło dwóch ciemnoskórych Mikołajów :) Interesujące zjawisko :)


Po wszystkim ruszyliśmy na wigilijną kolację, na którą... nie chciano nas wpuścić :) Okazało się, że nie ma nas na liście. Postaliśmy, poczekaliśmy, podczas, gdy pan szef sali biegał gorączkowo wyjaśniać, co się właściwie wydarzyło. W końcu nas jednak znaleźli... Na kompletnie innej liście :) W każdym razie wszystko skończyło się szczęśliwie i po dostawieniu stolika - prosto z zaplecza! :) - mogliśmy przejść do konsumpcji. A było, co konsumować. Oj było! Tak nieco nie po tradycyjnemu, ale cóż zrobić: nadziewany indyk, beef wellington, owoce morza i nie-morza, sery pleśniowe i  nie - generalnie MNÓSTWO strawy różnorakiej.





Po kolacji, chcąc zakończyć wieczór doskonałą na trawienie lampką wina :) poszliśmy do hotelowego baru. Tu stanęliśmy twarzą w... niekoniecznie twarz, z indonezyjskimi tradycjami wigilijnymi ;)






No cóż, co kraj to obyczaj ;) ;) ;)

Pierwszy Dzień Świąt.
Rozpoczął się, jak to na pierwszy dzień świąt, bardzo leniwie. Całe do południe spędziliśmy na błogim nieróbstwie, w okolicach basenowych, obserwując ataki strasznych wiewiórek na niczego nie spodziewających się turystów ;)












Po południu, dla odświeżenia, uraczyliśmy się masażem połączonym z obiado-kolacją. Masaż - bolesno-przyjemny (zakończony skręceniem karku :)), kolacja - spoko, atrakcje około kolacyjne - śmiechowe. Mieliśmy widok na tzw. flying-fox ("latający lis") - zawieszona pod kątem lina, z której zjeżdża się z punktu A do punktu B :) No i jakiś, prawda, rodzic wymyślił, że na takiego lisa wpuści swoje ok. 25kg dziecko. I toto biedne chuchro utknęło w połowie drogi. Dyndało sobie nad ziemią, nie wiedząc co się dzieje, a pod nim biegali wszyscy inni zastanawiając się jak je stamtąd ściągnąć. Wreszcie zholowali biedactwo, przy ogólnej uciesze tłumu czyli nas :)





Wieczorem odsapnęliśmy nieco i poszliśmy... znowu jeść ;) Tym razem do restauracji serwującej tylko i wyłącznie owoce morza. Z braku laku :) musiałam spożyć swoje pierwszego w życiu kraba :) Gdyby nie to, że jedliśmy wcześniej, pewnie byśmy z głody umarli - toż to godziny zabiera, żeby się do niego dobrać! Ale trzeba przyznać, że warto powalczyć, bo pyszota :)

Po kolacji Andrzej zapałał dziwną ochotą na ponowną wizytę we wspomnianym wcześniej barze... Pewnie mu tamtejsze wino smakowało ;) ;) ;)

Drugi Dzień Świąt... i do domu :(
Oczywiście, tradycyjnie, ostatniego dnia zrobiła się przecudna pogoda - zero wiatru, chmury gdzieś zniknęły. Całe szczęście powrót mieliśmy zaplanowany dopiero na wieczór, więc jeszcze zdołaliśmy wykorzystać sprzyjające warunki atmosferyczne. Zaopatrzeni w butelkę wina poszliśmy piknikować na plażę.





Zmęczeni :) wylegiwaniem się, poszliśmy na obiad, a potem dla odmiany znowu na plażę :) Tym razem spędziliśmy czas bardzo aktywnie - tropiąc i śledząc różne morskie stwory...





Na zakończenie krótka wizyta w mini-zoo:









Wieczorem szybkie pamiątkowe zakupy i do domku...

OSOBLIWY SYLWESTER...

... wyglądał tak :)



Koniec kwartału zmusił Andrzeja do spędzenia Sylwestra w pracy. A ja, tak na doczepkę, poczłapałam za nim :) Jak się okazało w pracy też można świętować. Szczególnie, jeśli wcześniej dostało się paczkę od zaprzyjaźnionej drużyny z Czech, w której pośród mnóstwa słodyczy niepostrzeżenie zaplątała się butelka Becherovki ;)





No i to by było na tyle
Pozdrawiamy i do następnego przeczytania
Ola i Andrzej :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz