piątek, 21 października 2011

Rekonesans Sentosy

Witamy ponownie! :)

Tydzień po naszym przesiedleniu postanowiliśmy ruszyć się nieco poza naszą turystyczną dzielnicę i dla odmiany pojechaliśmy do... innej turystycznej dzielnicy ;) W sumie resortu... A jeszcze dokładniej na gigantyczny singapurski plac zabaw zbudowany na wyspie Sentosa.
Nie obyło się jednak bez mniejszych i większych przeszkód w dotarciu na miejsce: poczynając od wyciągnięcia Pana Wiśniewskiego z łóżka (udało się to wreszcie poprzez zastosowanie metod wszelakich jak: prośby, groźby oraz metodę "na focha") na dezortientacji w wyborze środków transportu kończąc. Mimo wszystko na wyspę jednak trafiliśmy, a rezultaty prezentujemy poniżej.

Nieco edukacji:
Nazwa Sentosa w języku malajskim oznacza "pokój", "miejsce spokojne i zaciszne" (pewnie takim było zanim zalały je miliony turystów - ponoć 5 milionów rocznie). W latach 80/90tych - zanim rozwinęły się najbardziej popularne atrakcje Sentosy - miejscowi uznali ją za przereklamowaną i w sumie nieciekawą na tyle, że jej nazwę zaczęli tłumaczyć jako: "Zbyt kosztowna, a do tego nic do zwiedzania" ;)

Zanim jednak Sentosa zyskała swoją sielską nazwę i status rozrywkowego resortu, przez długi czas pełniła kompletnie inną funkcję. Podczas II Wojny Światowej jej nazwa brzmiała Pulau Blakang Mati - w wolnym tłumaczeniu: "wyspa śmierci zadanej ciosem w plecy". W Forcie Siloso - po południowej stronie wyspy - Brytyjczycy ustawili działo, które miało chronić wyspę i Singapur przed japońskim atakiem od strony morza. Japończycy jednak Singapur zajęli, a na Pulau Blakang Mati w 1942 zorganizowali obóz jeniecki. Jej plaże stały się miejscem mordu tych, którzy posądzeni byli o anty-japońskie działania.
Po kapitulacji Japończyków w 1945 wyspę przejęli Brytyjczycy i urządzili na niej koszary do szkolenia rekrutów singapurskich. 10 lat później działo na Pulau Blakang Mati zostało zdemontowane.
W 1960 wyspa jeszcze raz pełniła funkcję obronną w starciu z Indonezją. W 1967 natomiast Brytyjczycy oddali wyspę we władanie nowo powołanego Rządu Singapurskiego, który w 1970 zadecydował, o przetransformowaniu jej w resort rekreacyjny. W 1972 wyspa zyskała swoją obecną nazwę - Sentosa.

Wyspa ma powierzchnię 5km kwadratowych i leży zaledwie pół kilometra od Singapuru. Można się na nią dostać kolejką linową, pociągiem/metrem lub przejść się malowniczym deptakiem.
Najpopularniejsze atrakcje:
- Tiger Sky Tower (Wieża Tygrysia) - wieża obserwacyjna; wysokość: 110m; widok na Singapur i Południowe Wyspy a przy dobrej widoczności również na Indonezję i Malezję
- Butterfly Park and Insect Kingdom (Park Motyli i Królestwo Owadów)- ogród z ok 15000 motyli (ponad 50 gatunków) i 3000 gatunków "robali" ;)
- Underwater World and Dolphin Lagoon (Podwodny Świat i Laguna Delfinów) - oceanarium, które posiada ponad 2500 morskich żyjątek - 250 gatunków z różnych części świata. Znajduje się pod ziemią a przeszklone ściany pozwalają obserwować morską faunę i florę.
 -  Universal Studios Movie Theme Park (Park Tematyczny Filmowego Studia Universal) - na razie wiem tylko tyle, ze ma 24 atrakcje i jest podzielone na 7 stref tematycznych ;)
- Do powyższego można dołączyć jeszcze pola golfowe, hotele (bajeczne) i kasyno.

(W tym miejscu chciałam serdecznie podziękować Wikipedii za "użyczenie" w/w informacji :)http://en.wikipedia.org/wiki/Sentosa)

A teraz przejdźmy do tego, co faktycznie zobaczyliśmy ;)

Na Sentosę dotarliśmy ok 15:00 i od razu poszliśmy sobie... odpocząć ;) przy kaweczce i kojącym szumie fal :)


Podczas w pełni zasłużonego odpoczynku ;) zapadła rozsądna decyzja, że tym razem Sentosę podziwiamy nieco z dystansu - bez rzucania się na pierwsze lepsze atrakcje (było ciężko przy Podwodnym Świecie i Królestwie Motyli i Robali :/) - a zwiedzanie właściwe zaplanujemy na wizytę następną. Jak się później okazało, na to, co chcemy zobaczyć potrzeba co najmniej 4 dni... 
Rekonesans rozpoczęliśmy spacerkiem w stronę północnej części wyspy (w stronę Singapuru), podczas którego powitała nas delegacja autochtonów :)

 Po wymienieniu standardowych uprzejmości ruszyliśmy dalej, by po chwili znaleźć się przy Underwater World and Dolphin Lagoon (Podwodny Świat i Laguna Delfinów). Trzymając się ściśle ustalonego planu "nie-zwiedzania", nie zwiedziliśmy nic :) Popatrzyliśmy tylko na wolno-biegający tamtejszy drób ;)





Napotkanie tylu zwierzów :) narobiło mi smaku na kolejne spotkania, dlatego też chciałam wyciągnąć Andrzeja na szlak "Nature Discovery" (Odkrywanie Natury). Pod wpływem bardzo rzeczowych argumentów typu: najlepiej uczyć się poprzez obserwacje i doświadczanie oraz długiego i monotonnego marudzenia Andrzej uległ, a szlak okazał się dość... nędzny ;) Przy głównej trasie Sentosy zobaczyliśmy więcej niż w "dziczy". Do tego okazało się, że "naturalne atrakcje" szlaku wykonane były z włókna szklanego, odgłosy ptaków leciały z głośników (popsutych), a przy co drugim drzewie był włącznik elektryczny do...  nie wiadomo czego. Może do słońca? Hmmm...

Na początku jeszcze chciało się czegoś dowiedzieć :)
Nieliczne okazy flory...
... i fauny ;)

I jeszcze nieco fauny
Piękne okazy głazów...

... z włókna szklanego :)


Jedyna naprawdę ciekawa rzecz, na którą się natknęliśmy z naturą nie miała kompletnie nic wspólnego. Na Mount Imbiah natrafiliśmy na pozostałości po jednym z dział (używane od 1912 roku do 1930) oraz na wieżę widokową (używaną po dzień dzisiejszy ;))






Po niesamowicie edukacyjnej i obfitującej w niezwykłe wydarzenia, mrożącej krew w żyłach przeprawie przez dzicz, postanowiliśmy ukoić zszargane nerwy i obolałe stopy taplaniem się w pobliskiej fontannie :)


Po zwiedzaniu południowej części Sentosy dotarliśmy do części centralnej. O ile południe to same plaże i tzw. las tropikalny II stopnia (nasza niesamowita dzicz ;)), o tyle centrum to mocno zaawansowana cywilizacja. Znajdują się tu m.in.: muzeum "Images of Singapore" (Obrazy Singapuru); Merlion Park - gigantyczna replika Merliona (symbol Singapuru - stworzenie z głową lwa i tułowiem ryby: rybi ogon reprezentuje pochodzenie Singapuru, który powstał z wioski rybackiej, głowa lwa natomiast obrazuje nazwę Singapur (singa - lew, pura - miasto); Park Wodny "Equarius", Muzeum Morza i perełka dla filmowców - Universal Studios. Do tego mnóstwo hoteli - jeden bardziej ekskluzywny od drugiego, sklepów (patrz obok), kasyno i przepiękna fontanna - Lake of Dreams (Jezioro Marzeń).






Especially for Lynn :)









I tak sobie łaziliśmy, łaziliśmy, aż dołaziliśmy do końca wyspy. A, że nam łażenia jeszcze mało było postanowiliśmy nie wracać pociągiem, tylko przejść się deptakiem łączącym Sentosę z Singapurem.







Wymordowani, ale i wypakowani wrażeniami w domu pojawiliśmy się ok. 22:00. Jako, że żołądki nam przyrosły do kręgosłupa chcieliśmy sobie zamówić pożywne "swojskie" jadło w postaci michy ryżu i jakiegoś mięcha. I tu następuje PRZESTROGA połączona z DOBRĄ RADĄ: w niedzielę wieczorem dostawy z restauracji kończą się o godzinie 21:30 a potem jest już tylko pustka, nicość i ewentualnie Pizza Hut, która dostawy kończy o 22:30 ;)

I tym optymistycznym akcentem kończymy na dziś :)

Pozdrawiamy i do następnego przeczytania :)
Ola i Andrzej

2 komentarze:

  1. Wow!! ale duzo informacji - jak tak dalej pojdzie to bedziemy wiedziec wiecej o Singapurskich okolicach niz o wlasnym kraju:)
    Well done Olenko, do nastepnego, Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. wowi! Fajnie tam macie i te małpki, i pawie... Wy chodzicie na krótki rękaw, a my powoli ubieramy kożuchy, ale jak się czyta to od razu robi się cieplej :). pozdrawiamy i do następnego poczytania ;)

    OdpowiedzUsuń