Hej! :)
Jako, że pierwszy tydzień przesiedlenia minął - czas najwyższy na jakąś aktywację/aktualizację obiecanego bloga :)
Co prawda zdjęć dopiero kilka, bo do tej pory pobyt upływa nam pod znakiem pracy (Andrzej) lub pracy szukania (Ola) i nigdzie sie nie ruszamy, ale tych kilka dostępnych zamieszczam co byście sobie nasze twarzyczki przypomnieli ;)
LOT
Pierwszy etap rozpoczął się Aerlingusem. O godzinie 05:30, dzięki podwózce znajomych, znaleźliśmy sie na Dublińskim lotnisku z gigantycznym nadbagażem (ok 15-20kg). Całe szczęście pani na odprawie bagażowej ulitowała się nad nami na tyle, że dopłatę za dodatkowe kilogramy policzyła po stawce zaniżonej :) Odprawa osobista poszła gładko i przyjemnie i po wszystkim mieliśmy jeszcze czas na ostatnie Irlandzkie Śniadanie - tłuste, ciężkostrawne i pyszne :)
Po ok 1,5 godziny lotu znaleźliśmy się w Londynie. Ponieważ nie udało nam się załatwić lotu łączonego, musieliśmy tachać nasze gigant-bagaże do następnej odprawy (w sumie to Andrzej tachał... a właściwie wiózł na wózku... właściwie to nie było tak najgorzej i nie wiem czemu narzekam ;)). Tutaj również zostaliśmy mile zaskoczeni przez SIA (Singapurskie Linie Lotnicze) ponieważ pani - pod wpływem widoku naszych umordowanych, zdezorientowanych twarzy zapwene - w ogóle nie policzyła nam nadbagażu i dodatkowo bardzo urzędowym tonem poleciła nam niczym się nie przejmować. Poradę wzięliśmy sobie bardzo do serca i poszliśmy... na piwo :)
Tak skutecznie orzeźwieni ;) stawiliśmy się przed bramką. Andrzej przez całą drogę (czyli jakieś 5 min.) straszył mnie, że w życiu nie widziałam większego samolotu i że Aerlingus czy Ryanair w porównaniu z nim wygląda jak "Maluch". Niestety nie mogłam niczego porównać, bo oprócz tych dwupiętrowych potworów nic na płycie lotniska nie stało. Ale i bez skali porównawczej robiły wrażenie.
Po szybkim i sprawnym "załadowaniu" się do kabiny, przystąpiliśmy do szperania po wszystkim, po czym się dało. Najpierw rozpakowywanie/wypróbowywanie dostarczonych kocyków i poduszek; potem buszowanie po okolicach, czyli toaletach ;) Na koniec, już po starcie, pozostały nam tylko telewizory i przegląd dostępnych filmów/gier/itp.
Lot trwał 12 godzin - kompletnie tego nie odczuliśmy. Przerywany drzemkami, oglądaniem wszystkiego, co było dostępne, pracą (to Andrzej oczywiście :)) i posiłkami - minął bardzo szybko i bezproblemowo.
Ok 07:15 wylądowaliśmy w Singapurze :)
Pierwsze co nas przywitało to reklama Andrzeja firmy - SAP, oraz... masażer do stóp. UWAGA!!! Osoby posiadające łaskotki podstopowe powinny to urządzenie omijać szerokim łukiem!!!
A potem już tylko pozostało nam się wydostać z lotniska...
... i dostać się do hotelu (w którym miesięczny pobyt nam uprzejmie zasponsorował SAP :))
Jak się okazało hotel postanowił nas rozpieszczać jak się tylko da i przysłał po nas pana kierowcę :)
Po wyjściu z budynku lotniska napotkaliśmy tylko jeden mały problem - nie dało się oddychać. Wysoka temperatura połączona z jeszcze wyższą wilgotnością powietrza zamieniła O2 w zawiesinę, która nijak nie chciała przejść do płuc. Życia uratowała nam klimatyzacja w samochodzie.
HOTEL
Po ok. 30 min jazdy zostaliśmy dostarczeni do miejsca przeznaczenia:
Darby Park Executive Suites
12 Orange Grove Road,
Singapore 258353
http://www.simehospitality.com/darbyparksg.html
12 Orange Grove Road,
Singapore 258353
http://www.simehospitality.com/darbyparksg.html
Kilka minut formalności i mogliśmy się wreszcie zapoznać z miejscem naszego miesięcznego pobytu.
Jak zostaliśmy poinformowani hotel posiada również siłownię. Jak się przekonaliśmy na własne oczy posiada: dwa rowerki, niedziałającą bieżnię, dwie ławeczki i hantle, z których najcięższe ważą 7kg :) Całość uzupełnia śniadanko podawane od poniedziałku do piątku w bardzo dogodnych (dla pracujących)/tragicznie wczesnych (dla niepracujących) godzinach: 06-09:00. Dodatkowo położony jest w odległości kilkuminutowego spacerku od najbardziej zakupowej i turystycznej dzielnicy - Orchard.
PIERWSZE DNI
Sobota i niedziela upłynęły pod znakiem wysypiania się. Mieliśmy ambitny plan "funkcjonowania razem ze słońcem" w celu uniknięcia "jet lag", ale nie wyszło :/ Zaraz po wejściu do pokoju klapnęliśmy jak dętki i wstaliśmy akurat o porze kolacyjnej :)
Z pewną taką nieśmiałością ;) wychodziliśmy na zewnątrz, nieco przerażeni doświadczeniem z zaburzeniami oddechowymi na lotnisku, ale jak się okazło przystosowanie do nowych warunków zajęło dosłownie chwilę.
Kolacja - oczywiście koniecznie coś lokalnego. Z tym, że znaleźć coś lokalnego w regionie typowo turystycznym graniczyło z cudem. Same pizza-pasta, caffe italiano i Gabrysie :) (na każdym rogu Subway ;)) plus - a żeby nam się tak bardzo nie tęskniło - dwa irlandzkie puby :) W końcu dobrnęliśmy do japońskiej restauracji - Sun with Moon.
Kompletnie nie pamiętam co zamówiliśmy, ale było pyszne :)
Niedziela rozpoczęła się i skończyła podobnie - pobudka ok 16:00 i poszukiwania regionalej kuchni. Tym razem trafiliśmy do indyjskiej restauracji wegetariańskiej - ciekawe i smaczne doświadczenie :)
Po kolacji Andrzej postanowił zbadać trasę dojazdu do pracy - w sumie jej część. Zajęło nam to jedyne kilka godzin i do hotelu mogliśmy wrócić "już" ok. 00:30. Wyprawa zakończyła się owocnie: Andrzej w poniedziałek się nie zgubił a ja zyskałam dwa nowiusieńkie odciski :)
RESZTA
Reszta już jest całkiem prozaiczna i rutynowa. Andrzej codziennie do pracy, a ja do pracy szukania. Jeśli o niego chodzi to spotkał się z bardzo sympatycznym i miłym przyjęciem (pewnie miało to coś wspólnego z ilością słodyczy przywiezionych na wkupne ;)). Jest już po pierwszych powitalno-zapoznawczych lunchach i generalnie jest zadowolony. Wykończony, ale zadowolony :) No bo jak można nie być zadowolonym z pracy w firmie, która ma BUJAWKI!!! :D
A jeśli o mnie chodzi, to cały czas szukam. Na razie, jak to na początku, idzie powoli. Ale jako, że to dopiero pierwszy tydzień i zaledwie 4 dni aktywnego szukania, na razie się nie załamuję i próbuję dalej.
KOŃCÓWECZKA
Kilka luźnych uwag.
Pogoda: bardziej duszno niż gorąco. Dni słonecznych i deszczowych mniej więcej pół na pół. Pierwsza ulewa i burza (strrrrraszna :/ ale zjawiskowa!) za nami.
Początki poszukiwania mieszkania: została nam polecona bardzo miła pani agentka nieruchomości, która wczoraj pokazała nam pierwsze mieszkania. Z racj tego, że mieszkania są bardzo drogie chcieliśmy pójść w opcję "na chudy budżet". Przeewaluowaliśmy ją. Najtańsze mieszkania tzw. HDB (rządowe) są co prawda przestronne, ale stan ich jest dość masakryczny. I naprawdę pomijam już biegające po kuchni jaszczurki... W poniedziałek zaczynam oglądać tzw. condominia.
Wzrost: jestem wysoka! :D
No i to by było na tyle
Pozrawiamy i do następnego przeczytania wkrótce :)
No to pozwolę sobie na pierwszy komentarz...zazdroszczę!!!
OdpowiedzUsuńFajny blog! Fajne fotki! Fajni Wy!
Pozdrawiamy gorąco z odrobiną orzeźwiającego wiaterku z IE!
Ja tez przesylam wiaterek ze Szocji i pilnie przezywam z wami wasza przygode w Singapurze.
OdpowiedzUsuńSubway jest dobry z sosem southwest:P
W starym kraju natomiast skończyła się właśnie piękna i złota polska jesień, zaczyna być zimno i siąpić deszcz;) Pozdrawiamy z głębokiej wsi, ściskamy kciuki i czekamy na dalsze wieści! Deina/Bocian
OdpowiedzUsuńŚwietny pomysł z blogiem, chętnie poczytamy ciekawostki ze świata, życzymy powodzenia i czekamy na dalsze relacje:) Buziaki
OdpowiedzUsuńWięcej, więcej!!! Chcemy więcej:) Buziaki od Radziów i kotów he he
OdpowiedzUsuń